<m u s i c>
Zdarza się, że nie ważne, jak dobrze i jak długo kogoś znasz - nie warto nadużywać słowa "przyjaciel".
B. znam od dziecka, wychowałyśmy się jako sąsiadki, razem w przedszkolu, podstawówce, gimnazjum, nasze szkolne drogi rozeszły się dopiero na etapie liceum, ale i to nas nie rozdzieliło. Studiuję na drugim końcu Polski - przez pierwszy rok szkoły nawet to nie przeszkadzało.
Mogłoby się wydawać, że to przyjaźń do grobowej deski. Zawsze byłam tego pewna... Do teraz.
Co takiego się stało?
W sumie nic. Prozaiczna sprawa - przyjaciółka ma chłopaka. O ile rozumiem wszystko związane z zauroczeniem, początkami związku, kiedy nie widzisz świata poza tą osobą, o tyle sądziłam, że po roku razem to trochę mija. Widocznie nie w tym przypadku.
Odkąd tylko się pojawił ciągle oddalamy się od siebie z B. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo w porządku chłopak, to nie tak, że nie pozwala jej wychodzić, trzyma pod kloszem. Absolutnie nie i to boli najbardziej, że problemem jest ona sama.
Od dwóch lat próbuję przekonać ją, żeby przyjechała na weekend do miasta, gdzie studiuję. Co słyszę w odpowiedzi? Nie mam czasu, krucho u mnie z kasą. Wszystko byłoby w porządku, gdybym potem nie oglądała zdjęć na Instagramie z weekendu nad jeziorem ze swoim chłopakiem.
Bardzo się zdziwiłam jej propozycją, że może przyjedziemy razem do mojego mieszkania w sierpniu, bo ona ma urlop i chętnie mnie odwiedzi. Zdziwiłam się, ale ucieszyłam, do momentu kiedy dodała: "...bo ja mam wolne akurat w pracy, a mój chłopak nie dostanie wtedy urlopu." Krew jasna mnie zalała, podziękuję jednak za taką wizytę.
Kolejny przykład?
Wczorajszy wieczór.
"Co robisz? Wychodzisz gdzieś na miasto?" - piszę.
"Nie, dziś nie mogę..."
Rozumiem, środek tygodnia, praca itp.
Godzina 22 dzwonię, czy wychodzi chociaż na chwilę przed dom na spacer. Dziesięć minut.
"Dobra, to wpadnij do mnie na chwilę, posiedzimy". Niechętna odpowiedź. Mimo wszystko przyszłam, co widzę? Siedzi oczywiście z chłopakiem i jego dwoma kolegami, dobrze mi znanymi. Pytam, na którą jutro do pracy.
"Wolne mam".
To tylko kilka przykładów z całej rzeki takich sytuacji. Jak mam liczyć na kogoś, kto olewa wszystko dookoła dla chłopaka? No jak?
Nie chcę stroić fochów, robić awantur - umówmy się, mam więcej lat niż dwanaście. Jestem zła, nawet wściekła. Nie jestem tylko pewna, czy to faktycznie złość, czy po prostu mi jej brakuje, co trudno mi przyznać nawet przed samą sobą...
Chciałabym tylko, żeby zrozumiała, że chłopaków można mieć na pęczki. Drugiej przyjaciółki znanej od dzieciństwa się nie znajdzie.
Nie będę czekać wiecznie, jestem na to zbyt dumna.
"Friend in need is a friend indeed"?
piątek, 24 lipca 2015
środa, 22 lipca 2015
Za co kochamy pociągi.
Dzień jak każdy inny, wstajesz rano, jesz śniadanie, szybki prysznic, ciuchy i w drogę. Ze sporej wielkości torbą, z której jeszcze wystaje trawa z festiwalowego pola namiotowego, ruszasz do stęsknionej rodziny na drugim końcu kraju.
Wszystko idzie całkiem dobrze, do momentu zderzenia się z rzeczywistością naszego cudownego, polskiego PKP.
Wyobraźmy sobie: pociąg mający trasę przez całą szerokość państwa, jeździ nim codziennie, tak żeby nie przesadzić, MILIARD ludzi - co robi PKP? Wystawia jeden dziennie, o godzinie z dupy - ani rano, ani wieczorem, tylko o trzynastej. O klimatyzacji można sobie pomarzyć. Jadą więc sobie ludzie poupychani jak sardynki w ośmioosobowych przedziałach.
Wchodzę sobie do pociągu, czekam spokojnie, aż ludzie przede mną przecisną się przez walizki zostawione na korytarzu i ludzi, którzy muszą iść do "toalety" dokładnie w momencie największego zamieszania lub nie starczyło dla nich miejscówek siedzących. I tak sobie czekając poczułam, że przesunęła mi się torebka. Kątem oka zauważam obcą, męską rękę bezpardonowo wsadzoną do mojej torebki. Spłoszony złodziejaszek szybko ją zabrał robiąc minę idioty nie wiedzącego co się dookoła dzieje. Zapytałam prawie grzecznie: "czegoś Pan, ku*wa, szukasz?". Burknął tylko coś pod nosem i czmychnął do wagonu obok. Całe szczęście, że bałagan w mojej torbie sprawiał, że sama miałam problem ze znalezieniem portfela.
Swoje miejsce numer czterdzieści siedem zajęłam nie bez problemów, gdyż wejście do przedziału skutecznie blokował uprzejmy pan o rumianej twarzy i brzuchem wielkim, zapewne od piwa, które z uśmiechem dzierżył w dłoni.
"Ja pani pomogę!". Podziękowałam grzecznie. Delikatnie się zachwiał wrzucając moją torbę na półkę - piwko już pewnie swoje zrobiło, sądząc po ilości pustych puszek leżących w siateczce z Biedronki na jego siedzeniu. Przez kolejne dwie i pół godziny wypił jeszcze cztery.
W przedziale upał, jakieś czterdzieści stopni. Dwie staruszki wyglądały, jakby miały zaraz umrzeć, nie dziwię się, nie szło wytrzymać. Na szczęście towarzystwa dotrzymywała nam romska rodzinka, która nie omieszkała rozkładać swoich nóg po całym przedziale. Przecież kto nie lubi wąchać stóp obcych ludzi w upał.
Czy nasza kolej na prawdę jest tak straszna, czy tylko ja mam zawsze pecha?
wtorek, 21 lipca 2015
Prolog
Wypadałoby powiedzieć parę słów o sobie, jednak jak w kilku zdaniach przedstawić wszystko, co kształtowało się w mojej głowie przez ostatnie dwadzieścia dwa lata? Przesiewając to przez sito banałów, jakich wymagają "krótkie opisy autora", mogę powiedzieć, że jestem tylko małym. szarym człowiekiem, który ma wielki, kolorowy bałagan w głowie. A jak to z bałaganem bywa, przychodzi taki moment, kiedy nie ma już wolnego kawałka podłogi umożliwiającego przejście od drzwi do łóżka - wtedy czas na porządki. I właśnie ten blog zamierzam potraktować jak metaforyczny pokój, do którego upchnę dręczące myśli niczym śmieci zamiecione pod dywan.
Nie będę pieprzyć o nowych notkach w każdy wtorek - nie oszukujmy się, to nie losowanie lotto, które ma się odbywać o określonej porze. Będę pisać, kiedy odczuję taką potrzebę - co godzinę, co dwa dni, raz na tydzień, czy miesiąc...
Gdyby mimo to, ktoś to jednak czytał - zapraszam serdecznie do dyskusji. Na jakikolwiek temat.
Pozdrawiam.
Dobranoc.
Nina
Subskrybuj:
Posty (Atom)