Dzień jak każdy inny, wstajesz rano, jesz śniadanie, szybki prysznic, ciuchy i w drogę. Ze sporej wielkości torbą, z której jeszcze wystaje trawa z festiwalowego pola namiotowego, ruszasz do stęsknionej rodziny na drugim końcu kraju.
Wszystko idzie całkiem dobrze, do momentu zderzenia się z rzeczywistością naszego cudownego, polskiego PKP.
Wyobraźmy sobie: pociąg mający trasę przez całą szerokość państwa, jeździ nim codziennie, tak żeby nie przesadzić, MILIARD ludzi - co robi PKP? Wystawia jeden dziennie, o godzinie z dupy - ani rano, ani wieczorem, tylko o trzynastej. O klimatyzacji można sobie pomarzyć. Jadą więc sobie ludzie poupychani jak sardynki w ośmioosobowych przedziałach.
Wchodzę sobie do pociągu, czekam spokojnie, aż ludzie przede mną przecisną się przez walizki zostawione na korytarzu i ludzi, którzy muszą iść do "toalety" dokładnie w momencie największego zamieszania lub nie starczyło dla nich miejscówek siedzących. I tak sobie czekając poczułam, że przesunęła mi się torebka. Kątem oka zauważam obcą, męską rękę bezpardonowo wsadzoną do mojej torebki. Spłoszony złodziejaszek szybko ją zabrał robiąc minę idioty nie wiedzącego co się dookoła dzieje. Zapytałam prawie grzecznie: "czegoś Pan, ku*wa, szukasz?". Burknął tylko coś pod nosem i czmychnął do wagonu obok. Całe szczęście, że bałagan w mojej torbie sprawiał, że sama miałam problem ze znalezieniem portfela.
Swoje miejsce numer czterdzieści siedem zajęłam nie bez problemów, gdyż wejście do przedziału skutecznie blokował uprzejmy pan o rumianej twarzy i brzuchem wielkim, zapewne od piwa, które z uśmiechem dzierżył w dłoni.
"Ja pani pomogę!". Podziękowałam grzecznie. Delikatnie się zachwiał wrzucając moją torbę na półkę - piwko już pewnie swoje zrobiło, sądząc po ilości pustych puszek leżących w siateczce z Biedronki na jego siedzeniu. Przez kolejne dwie i pół godziny wypił jeszcze cztery.
W przedziale upał, jakieś czterdzieści stopni. Dwie staruszki wyglądały, jakby miały zaraz umrzeć, nie dziwię się, nie szło wytrzymać. Na szczęście towarzystwa dotrzymywała nam romska rodzinka, która nie omieszkała rozkładać swoich nóg po całym przedziale. Przecież kto nie lubi wąchać stóp obcych ludzi w upał.
Czy nasza kolej na prawdę jest tak straszna, czy tylko ja mam zawsze pecha?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz