piątek, 24 lipca 2015

Friend in need is a friend indeed...

<m u s i c>




Zdarza się, że nie ważne, jak dobrze i jak długo kogoś znasz - nie warto nadużywać słowa "przyjaciel".
B. znam od dziecka, wychowałyśmy się jako sąsiadki, razem w przedszkolu, podstawówce, gimnazjum, nasze szkolne drogi rozeszły się dopiero na etapie liceum, ale i to nas nie rozdzieliło. Studiuję na drugim końcu Polski - przez pierwszy rok szkoły nawet to nie przeszkadzało.
Mogłoby się wydawać, że to przyjaźń do grobowej deski. Zawsze byłam tego pewna... Do teraz.

Co takiego się stało?

W sumie nic. Prozaiczna sprawa - przyjaciółka ma chłopaka. O ile rozumiem wszystko związane z zauroczeniem, początkami związku, kiedy nie widzisz świata poza tą osobą, o tyle sądziłam, że po roku razem to trochę mija. Widocznie nie w tym przypadku.
Odkąd tylko się pojawił ciągle oddalamy się od siebie z B. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo w porządku chłopak, to nie tak, że nie pozwala jej wychodzić, trzyma pod kloszem. Absolutnie nie i to boli najbardziej, że problemem jest ona sama.
Od dwóch lat próbuję przekonać ją, żeby przyjechała na weekend do miasta, gdzie studiuję. Co słyszę w odpowiedzi? Nie mam czasu, krucho u mnie z kasą. Wszystko byłoby w porządku, gdybym potem nie oglądała zdjęć na Instagramie z weekendu nad jeziorem ze swoim chłopakiem.
Bardzo się zdziwiłam jej propozycją, że może przyjedziemy razem do mojego mieszkania w sierpniu, bo ona ma urlop i chętnie mnie odwiedzi. Zdziwiłam się, ale ucieszyłam, do momentu kiedy dodała: "...bo ja mam wolne akurat w pracy, a mój chłopak nie dostanie wtedy urlopu." Krew jasna mnie zalała, podziękuję jednak za taką wizytę.

Kolejny przykład?
Wczorajszy wieczór.
"Co robisz? Wychodzisz gdzieś na miasto?" - piszę.
"Nie, dziś nie mogę..."

Rozumiem, środek tygodnia, praca itp.
Godzina 22 dzwonię, czy wychodzi chociaż na chwilę przed dom na spacer. Dziesięć minut.
"Dobra, to wpadnij do mnie na chwilę, posiedzimy". Niechętna odpowiedź. Mimo wszystko przyszłam, co widzę? Siedzi oczywiście z chłopakiem i jego dwoma kolegami, dobrze mi znanymi. Pytam, na którą jutro do pracy.
"Wolne mam".

To tylko kilka przykładów z całej rzeki takich sytuacji. Jak mam liczyć na kogoś, kto olewa wszystko dookoła dla chłopaka? No jak?
Nie chcę stroić fochów, robić awantur - umówmy się, mam więcej lat niż dwanaście. Jestem zła, nawet wściekła. Nie jestem tylko pewna, czy to faktycznie złość, czy po prostu mi jej brakuje, co trudno mi przyznać nawet przed samą sobą...
Chciałabym tylko, żeby zrozumiała, że chłopaków można mieć na pęczki. Drugiej przyjaciółki znanej od dzieciństwa się nie znajdzie.
Nie będę czekać wiecznie, jestem na to zbyt dumna.

"Friend in need is a friend indeed"?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum

Aveline Gross