<jak się popłakać w trzy minuty>
Podobno marzenia się spełniają, jeśli bardzo tego chcemy. Chcieć nie znaczy móc, niestety, przekonałam się o tym nie raz. Jak byłam mała chciałam tą cholernie drogą lalkę w różowej, balowej sukni. Nie dostałam. W gimnazjum marzyłam o najlepszym liceum (jakby szkoła średnia miała jakiekolwiek znaczenie. I tak chodziło się na korki, żeby dostać się na dobre studia) - nie dostałam się, poszłam do tego z drugiego miejsca na liście prestiżu. Dopiero studia mi się trafiły takie, jak chciałam, chociaż maturę też napisałam bardziej na farta, niż dzięki nauce od rana do wieczora.
I tu zaczynają się prawdziwe schody, bo medycyna to prawdziwa szkoła przetrwania. To moje marzenie od dziecka, jednak uczelnia rzuca niesamowite kłody pod nogi. Czasami czuje się jak ten ptaszek z filmiku na górze postu - poświęcam czas, energię, wkładam we wszystko masę pracy, a tak na prawdę nie mam pojęcia, czy to wszystko nie zmierza w kierunku nicości, bolesnego upadku, żeby tylko przez chwilę mieć złudzenie, że latam.
Może porywam się z motyką na słońce?
Tak może być. Nie wiem czy wytrwam, czy dam radę, ale mocno w to wierzę.
Wiara nie wystarczy oczywiście, jednak ciężko siedzieć w książkach w środku sierpnia widząc na fejsie zdjęcia znajomych opalajacych tyłek na Karaibach za pieniądze rodziców...
Muszę znaleźć motywację. I siłę.
Tylko skąd je zaczerpnąć?
Jeszcze września nie ma, a już jesienna depresja.
Muszę się zakochać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz